Z definicji słowo “kusić”...

Z definicji słowo “kusić” znaczy zachęcać kogoś do czegoś, na co ten ktoś nie ma ochoty lub czego nie powinien robić, oznacza też “wabić, przyciągać”, kuszący to "ponętny, pożądany”. Kluczowy jest pozytywny wydźwięk tego słowa, ale negatywny kontekst. Element zniewolenia jaki niesie ze sobą fakt, że zostałam skuszona przez kogoś lub do czegoś. To może znaczyć, że dzieje się coś, na co do końca nie mam ochoty. A przecież jestem wolnym człowiekiem. Chcę tak o sobie myśleć. Więc dlaczego dobrowolnie zgadzam się na ograniczenie tej wolności?

Bo kuszenie zwykle zapowiada doznanie czegoś przyjemnego, atrakcyjnego, pożądanego. A człowiek jest z natury hedonistą. Chce doświadczać przyjemności, żyć wygodnie, mieć swobody, nie czuć dyskomfortu. Nic złego nie ma w tym, że chcemy, by było nam lepiej, nie gorzej. Jednak szybko przyzwyczajamy się do dobrego. Przestajemy być czujni. W którymś momencie ciągłe dążenie do zaspokajania swoich potrzeb staje się priorytetem. I chyba tu zaczyna się działanie Szatana. To przekonanie, że coś się należy. To ja sama decyduję, czy dam się skusić. Nic przecież nie wydarzy się bez mojego udziału. Szukam więc usprawiedliwień, próbuję przerzucać odpowiedzialność poza siebie. Ale zawsze to ja decyduję. Czy zjem kolejne ciastko, czy wypiję kolejnego drinka, czy kupię następną sukienkę, czy powiem coś obraźliwego o sąsiedzie, czy będę nielojalna wzgledem kolegi z pracy, by zdobyć awans, itd, Regularnie wystawiana jest na próbę nasza silana wola, stanowczość, zdecydowanie, dążenie do bycia dobrym, porządnym, rzetelnym, uczciwym, prawdomównym, solidnym, uczynnym. Kuszenie bywa atrakcyjne, gdy w pespektywie czeka na mnie coś przyjemnego, pożądanego, ekscytujacego. Więc ulegam chwilowym słabościom, choć wiem, że konsekwencją bywa poczucie porażki, wyrzuty sumienia, dyskomfort wynikający z robienia czegoś niewłaściwego, wstyd a bywa, że i nieakceptacja otoczenia, ostracyzm, pogorszenie relacji międzyludzkich. Znamy powiedzenie “Miłe złego początki”.

Wielki Post w szczególny sposób skłania nas do zadania sobie pytania o to, jak nieodporni jesteśmy na wielorakie pokusy, zarazem dając sposobność do podjęcia wysiłku i pracy nad sobą, by z tymi pokusami walczyć i wygrywać. W zależności od stopnia przywiązania do swoich nałogów i słabości różny jest też poziom trudnośći w racy nad sobą, by się uwolnić. Ale wszystko, co wartościowe, pożyteczne, dobre wymaga zaangażowania i pracy. Nie powstaje łatwo.

Od początku Wielkiego Postu zaczynam kolejną walkę z moimi słabościami. Pewnie większość postanowień uda się dotrzymać. Być może wszystkie. Ale co, gdy minie Wielki Post. I czas postanowień też minie. W Święta Wielkanocne odetchnę pełną piersią, bo przecież odmawiałam sobie wielu przyjemnych rzeczy. Czy warto wracać do oswojonej rzeczywistości. A może postaram się nie zmarnować wysiłku już włożonego w pracę nad sobą, może pociągnę dalej, nie wrócę do niektórych przyzwyczajeń. A jeśli się nie cofnę, to mogę wykonać ruch do przodu, osiągnąć progres. Wtedy wcześniejsze wysiłki zyskują właściwy kontekst i są zasadne. Nie są celem samym w sobie. Chyba każdy powinien spróbować podjąć taką walkę siebie ze swoimi słabościami. Efekt takiego działania na pewno przyniesie korzyści.

Joanna Lorańczyk-Czader